Rodzicielstwo – do nieba na skróty

Rodzicielstwo – do nieba na skróty

„Kiedyś zwierzyliśmy się naszej znajomej ze wspólnoty, że kiedy dowiedzieliśmy się o bliźniakach, ogromna radość mieszała się z ogromnym strachem. Z dwójką radziliśmy sobie różnie, ale z czwórką?! Odpowiedziała nam wtedy śmiertelnie poważnie, że widać nie wszyscy zasługują na dzieci – ona, matka jednego dorosłego syna.”

Spotykamy się w przytulnej kawiarni na poznańskich Jeżycach. Jest południe  – w środku tygodnia, ale bez wcześniejszej rezerwacji nie udałoby się tu usiąść. Wchodzą solidnie spóźnieni. Ona – blondynka w rozpuszczonych, lekko falujących włosach. On – brunet, wyjątkowo wysoki, uśmiechnięty. Ona: szczupła, ładna, ubrana bardzo kolorowo. On: w kraciastej cyklistówce, wygląda trochę jak turysta z poprzedniej epoki. Oboje oryginalni i lekko zmieszani – widząc tłum ludzi dookoła.

Szybko zauważają mnie przy małym stoliku, i jeszcze w drodze, zamawiają dwie czarne kawy. Warszawiacy, pomyślałem. Witamy się i pomiędzy uściskiem jednej i drugiej dłoni tłumaczą się ze spóźnienia.

–  To przez dzieci – rzuca ona.

–  Ulubione tłumaczenie rodziców – dodaje on, a ja nie umiem się nie uśmiechnąć.

Poznaliśmy się parę dni temu, na kongresie „Queens of Life”. Dowiedziałem się wtedy, że są rodzicami czwórki dzieci, więc bez wahania zapytałem czy chcieliby opowiedzieć o rodzicielstwie. Oboje są młodzi, nie skończyli jeszcze 35 lat. Biorąc pod uwagę że są małżeństwem od 5 lat, pomyślałem, że średnią dzieci na rok mają niezłą. Ona – Ania, on – Michał. Oboje wyjątkowi, ale o tym przekonacie się czytając dalej.

Posłaniec: Nie od razu chcę rozmawiać z wami o rodzicielstwie i o dzieciach. Pozwólcie mi najpierw odnaleźć się w kontekście i opowiedzcie o tym, jak wyglądało wasze życie zanim zostaliście rodzicami.

Ania: Cieszę się bardzo, że od tego zacząłeś, bo kiedy przejdziemy do rodzicielstwa, przekonasz się o tym, jak bardzo nasze życie się zmieniło. Ja byłam grafikiem w warszawskiej firmie zajmującej się obsługą klientów biznesowych – ale tylko przez 8 godzin dziennie. Lubiłam swoją pracę, ale kochałam pasję. Pasją była fotografia. Kiedy skończyłam liceum i obfotografowałam już całą okolicę, zaczęłam być fotografką – podróżniczką.

Michał: W naszym domu zamiast obrazów wszędzie wiszą zdjęcia. Musisz to zobaczyć. Nie wpuścimy cię tylko do sypialni. Tam też wiszą zdjęcia, ale takie, które wisieć mogą tylko w sypialni. No, a jeśli o mnie chodzi, to byłem i jestem mediatorem sądowym. Nie pytaj czy lubię swoją pracę. Tak jak Anka lubiłem to, co działo się po pracy. A po pracy jeśli nie byliśmy w drodze, to ją planowaliśmy.

Posłaniec: Poznaliście się w podróży?

Ania: (uśmiecha się) I tak i nie. Poznaliśmy się dzięki spotkaniom Domu Modlitwy w Warszawie, ale w podróży się poznawaliśmy. To śmieszne, bo oboje byliśmy studentami, nie mieliśmy zbyt wiele pieniędzy, ale Europę objechaliśmy całą. Zobaczylibyśmy jeszcze więcej, ale ponieważ wyznawaliśmy wartości chrześcijańskie i były one dla nas bardzo ważne, wynajmowaliśmy zawsze dwa oddzielne pokoje.

Michał: Tak nas to wypościło, że po ślubie z rozpędu wyszła czwórka (wybuchamy śmiechem).

Posłaniec: Zaraz, zaraz. Poznaliście się na studiach, ale ślub wzięliście dopiero pięć lat temu. To kilka lat po studiach…

Michał: Tak, byłoby może szybciej, ale w międzyczasie Ania poznała pewnego Włocha …  A wiesz jak kobiety reagują na Włochów?

Ania: To był epizod (zżyma się). Michał był ciągle niezdecydowany, a tamten mężczyzna rzucał konkretami. Poprosił mnie o rękę po trzech miesiącach znajomości. Michałowi zajęło to sześć lat.

Posłaniec: Ale wybrałaś jego…

Ania: Tak, ponieważ pomyślałam, że skoro przez sześć lat tak świetnie się z nim bawiłam, to przeżyć wspólnie całe życie to „będzie pikuś”. Włoch Michała zmotywował, bo w trzy miesiące później miałam już od niego pierścionek i skrupulatnie ułożony plan na całe życie.

Posłaniec: Czyli taki był plan? Czwórka dzieci i wygodne życie w Warszawie – przy tym świetnie się razem bawiąc?

Michał: Sprytnie zadałeś to pytanie, bo odpowiedź brzmi – „Trzy razy: nie”. Bóg wymyślił sobie to zupełnie inaczej. Miała być dwójka dzieci, zamiast Warszawy miało być Oslo, no a z tą świetną zabawą bywa różnie.

Ania: Wiesz, to jest tak, że jeśli ktoś całe życie oparł na marzeniach i planach ( a my tak zrobiliśmy), a później okazało się, że życie układa się całkowicie wbrew tym planom, to zderzenie z ziemią bywa bolesne… Zaszłam w ciążę krótko po ślubie. Ginekolog wyliczył nam, że dokładnie trzy dni po ślubie.

Michał: Potęga plemników! – dorzuca Michał, a my znów wybuchamy śmiechem.

Ania: Ciążę przeżyłam bardzo źle. Mieliśmy zarezerwowany lot do Madrytu, a ja nie byłam w stanie nawet podnieść się z łóżka. Hormony szalały i stałam się naprawdę podłą żoną.

Michał: Potwierdzam! A ja odkryłem w sobie nieznane dotąd pokłady cierpliwości. Do Madrytu nie polecieliśmy. Właściwie od tamtego czasu nigdzie nie polecieliśmy. Po pierwszym dziecku przyszło od razu drugie, a na koniec bliźniaki. Później już z tą potęgą plemników nie było mi tak wesoło. Do dziś pamiętam scenę, jak wchodzę do domu po pracy, Ania siedzi na łóżku zapłakana, a pod kołdrą Bartek, Mikołaj, Maria i Antek krzyczą wniebogłosy.

Ania: Wtedy przyszło prawdziwe załamanie. Najmłodsze z nich miało roczek. Pamiętam, że obudziło śpiącą trójkę. To się naprawdę rzadko zdarza, że trzy na czworo moich dzieci zasypia o tej samej porze. Byłam szczęśliwa, nosiłam na rękach Marysię, odłożyłam ją na chwilę, żeby wstawić wodę na herbatę. Nagle bez powodu rozpłakała się. Obudziła śpiącą trójkę i zaczęli płakać wszyscy. To i ja się dołączyłam.

Posłaniec: Nie było bliskich, którzy mogliby wam pomóc?

Ania: Niestety nie. Wyjeżdżając na studia byłam szczęśliwa, że wyjeżdżam tak daleko. Mój dom rodzinny stoi na Mazurach. Na rodziców Michała też niestety nie mogliśmy liczyć.

Michał: Tak. Mój ojciec zostawił mamę kiedy miałem 6 lat. Mama nas wychowywała, ale była z nami tylko ciałem. Duchem odpłynęła już dawno. Dziś mam z nią bardzo słaby kontakt.

Posłaniec: Powiedzcie zatem, jak to jest być rodzicem najpierw jednego dziecka, potem dwójki – i nagle czwórki? Co czuliście?

Michał: To jest bardzo trudne pytanie, a odpowiedź na nie może być dla wielu osób niewygodna. Przyjęło się bowiem – zwłaszcza w środowiskach katolickich, z których my się wywodzimy – że za dziecko będące darem od Boga trzeba najlepiej co niedzielę składać sowite podziękowania na tacę. Nie dopuszcza się myśli, że rodzica czasem dopadają  chwile załamania i ma wszystkiego dosyć – zwłaszcza dzieci. Kiedyś zwierzyliśmy się naszej znajomej ze wspólnoty, że kiedy dowiedzieliśmy się o bliźniakach, ogromna radość mieszała się z ogromnym strachem. Z dwójką radziliśmy sobie różnie, ale z czwórką?! Odpowiedziała nam śmiertelnie poważnie, że nie wszyscy widać zasługują na dzieci – ona, matka jednego syna.

Ania: Myślę, że Bóg sobie to wszystko bardzo dokładnie przemyślał. Kiedy pojawiła się informacja o pierwszej ciąży, były obawy, czy damy radę. On – jakby się z tego śmiejąc, zesłał nam drugie dziecko. A przysięgam, że ogarniałam kalendarzyk! My – jeszcze bardziej napełnieni obawami, a On, jakby jeszcze bardziej rozbawiony, dorzucił bliźniaków. I też dajemy radę. Rozumiesz? Nie ma teraz sytuacji, w której nie dalibyśmy sobie rady. Nasze dzieci wyglądają na szczęśliwe, chodzą najedzone, dostają na święta LEGO. Modlimy się wspólnie, rozmawiamy, jemy razem śniadania.

Posłaniec: A wy? Jesteście szczęśliwi?

Ania: Teraz bardzo! Ale musiało się wiele wydarzyć, zanim poczuliśmy się szczęśliwi. Pomimo, że kiedy urodziłam pierwsze dziecko miałam 28 lat, nie byłam na nie w pełni gotowa. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Miałam podróżować, zdobyć Grand Press… Jaka ja byłam wtedy głupia! Znajomi dookoła mówili mi: „Musisz teraz zrezygnować z siebie”. Nie cierpię tego frazesu. Zrozumiałam, że dziecko nie jest powodem do „rezygnacji z siebie” ale powodem do zmiany siebie, wyzbycia się egoizmu, przewartościowania celów, zrozumienia na nowo jakie mamy w życiu priorytety. Jak zacznę brzmieć jak stary mędrzec, to dajcie znać (uśmiecha się).

Michał: Ja pierwszego i drugiego dziecka nie przeżywałem tak silnie. Ale kiedy pojawiły się bliźniaki, zacząłem się bać – tak typowo po męsku: że nie starczy na jedzenie, że mieszkanie za małe. To sprawiało, że nie byłem szczęśliwy. Ale wiesz co? Bóg znowu się na swojej chmurce do nas uśmiechał, bo tuż po porodzie dostałem propozycję pracy, dzięki której stać nas na LEGO. Całkiem niedawno zmieniliśmy też mieszkanie. Cuda, nie?

Posłaniec: Zapytam was zatem na koniec, czy planujecie kolejne dzieci?

(wybuchają śmiechem)

Ania: My już chyba nic nie planujemy. Zapisałam się na „Kurs naturalnego planowania rodziny”, choć powtarzam, wydawało mi się, że to proste i wszystko robię dobrze. Nie planujemy… choć przestałam się łudzić, że zależy to tylko od nas.

Nie dało się tego umieścić w wywiadzie, ale przez całą rozmowę oboje byli cały czas uśmiechnięci. Na pytanie z kim zostawili dzieci, odpowiedzieli żartem: „Nie wiemy, poznaliśmy ją wczoraj na portalu dla niań”. Kiedy rozmawialiśmy, wiele osób odwracało w naszą stronę głowę – Ania nie potrafi mówić cicho. Twierdzi, że to przez dzieci, bo musiała nauczyć się je przekrzykiwać.  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *