Wiara, a wiedza

Wiara, a wiedza

Po dwóch stronach barykady

„Chrześcijaństwo to wieczna dychotomia i sztuka paradoksu” powiedział przed blisko pięćdziesięcioma laty algierski pisarz Albert Camus. Zdanie to padło podobno z jego ust krótko po emigracji do Francji, kiedy przybył pierwszy raz do Paryża i stanął u wrót katedry Notre Dame. Przytłoczony jej ogromem i mający jeszcze żywo w pamięci malutkie, drewniane kościółki Afryki, pisarz wykuł zdanie, które bez obawy uogólniania można wpisać we wszystkie aspekty naszej wiary religijnej. Trzymając się jednak reguły nawiązywania do 3MC ( trzyminutowy Katechizm Kościoła katolickiego) pragnę skupić się na jednej, niezwykle ważnej dychotomii – wiedzy i wiary.

Nie zrobimy jednak kroku do przodu, jeśli wśród czytelników dalej będą osoby, które słowa „dychotomia” nie rozumieją. Zatem ja robię głęboki oddech, a Wy szybko zerkacie do słowników. Ci, którzy tego nie potrzebują, czytają dalej.

Zestawienie ze sobą wiary i wiedzy to jak ustawienie po obu stronach barykady zaciekłych wrogów, którzy od stuleci walczą ze sobą nie rozumiejąc, że tak naprawdę mogliby żyć w pokoju i wiecznej harmonii. Przyjęło się sądzić, że w obozie wiary, bez broni i umundurowania zasiadają chrześcijanie – spokojni, z oczami wzniesionymi ku górze, znający wynik tej wojny. Po drugiej stronie rzeki, uzbrojeni po zęby w argumenty, przyczajeni i zawsze gotowi do starcia zasiadają ateiści, ludzie nauki i doświadczenia. Wydawać by się mogło, że po swojej stronie mają także otaczający świat. Świat, który jest tak rozwinięty technologicznie, że tego rozwoju od dawna już nie kontroluje. I w takiej mniej więcej metaforze widzimy zestawienie wiary i wiedzy.

Jest to oczywiście obraz niezwykle naiwny, bo nic na tym świecie nie jest czarne i białe. Istnieją tylko odcienie szarości. Patrząc na te obozowiska, bardzo często widzimy chrześcijan przekradających się do obozu „wroga”, by razem zasiąść przy stole i w mroku nocy zatopić się w zwątpieniu. Widzimy chrześcijan wierzących w Boga, ale nie traktujących serio Ducha Świętego, który jest „Tworem” dość dziwnym i totalnie nielogicznym. Widzimy doskonale zorganizowany Kościół, dający schronienie setkom chorych, ale nieróżniący się niczym, od państwowych instytucji, bo dawno już przestał wierzyć, że ma on moc uzdrawiania, a nie tylko przechowywania. Widzimy księży operujących językiem minionej epoki, dla których człowiek nadal kroczy, a nie chodzi, i raduje się zamiast cieszyć. Widzimy wierzących wiecznie niedowierzających w Kościele bez pierwiastka nadprzyrodzonego.

Ale zerknijmy też, co dzieje się w obozie drugim. Tam też co jakiś czas, ktoś przekrada się na drugą stronę, by w chwili beznadziei i braku sił zgiąć skrzypiące kolana i wystrzelić w niebo dawno nie wypowiadaną modlitwę. Widzimy wielu z wiecznie przyklejonym do twarzy uśmiechem szyderstwa i kpiny, którzy w chwili ostatecznej wreszcie rozumieją głębię słów podpułkownika Cleara, że „w okopach nie ma niewierzących”. Co jakiś czas przez barykadę przedziera się człowiek nauki, który zatopiony w księgach w końcu zrozumiał, że nie w tych księgach szukał.

Skoro zatem tak wielu z nas lawiruje pomiędzy obozami, to może czas zwinąć drut kolczasty i zasypać palisady, by na tym polu wzrastać w wierze? Proponuję jedną drogę, ponieważ w niewierze wzrastać się nie da, a gdyby ktoś mimo wszystko próbował, to albo spotka go los św. Pawła, albo zweryfikuje chwila śmierci. Proponuję też jedną drogę, ponieważ jestem chrześcijaninem i choć sam czasem zaglądam do innego obozu, to wierzę, że wiem dlaczego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *