O ojcostwie

Ojciec – niech to zabrzmi dumnie

Przed narodzinami Heleny w moim dzienniku było, jak u Gombrowicza:

  • Poniedziałek: Ja.
  • Wtorek: Ja.
  • Środa: Ja.
  • Czwartek: Ja.
  • Po narodzinach Heleny, literki zmieniły kolejność w szeregu. Doszły nowe słowa, a całość wygląda mniej więcej tak:
  • Poniedziałek: Aj, kupa.
  • Wtorek: Aj, obudziła się.
  • Środa: Aj, kupa i siku.
  • Czwartek: Aj, kupa, siku, obudziła się…płacze.

Tekst ten powstaje w warunkach wojny. Zewsząd słychać jęki (Heleny), płacz (też Heleny), na ziemi walają się oderwane członki ( to już lalek), a ja ukrywam się w ciemnym pokoju przed przeszywającym wzrokiem żony, bo udało mi się uciec z tego armagedonu, jaki dokonuje się w pokoju obok. Za ścianą trwa wojna. Stawka jest ogromna. Jeśli zaśnie przed dwudziestą, będziemy mieli wieczór dla siebie. Jeśli nie zaśnie, nie grozi jej rodzeństwo, a zabawki pozostaną na wyłączność. Za ścianą trwa wojna i każda ze stron walczy o swoje. Chwilowo patrzę na wszystko z boku. Siedzę w okopie, a tutaj łatwiej o refleksje. A te przychodzą bardzo szybko i bardzo licznie. Jak to jest z tym ojcostwem? Fajnie? Niefajnie? A może za szybko? A kariera? A podróże? A plany? A młodość? A te wszystkie szczyty, które pozostają do zdobycia?

Odpowiadam sobie na wszystkie te pytania jednym tylko wspomnieniem – malutkiej rączki wyciągniętej w moją stronę (co dla niej w kilka godzin po narodzinach było odruchem bezwarunkowym, a dla mnie niczym wyciągnięta w moją stronę ręka Boga).

Bycie ojcem nie jest łatwą funkcją. Mam wrażenie, że znacznie nawet trudniejszą niż bycie matką. Mężczyzna ojcostwa musi się uczyć. Nie ma go tak naturalnie wpisanego w DNA, jak kobieta matkowania. Ojcostwo to popełnianie masy błędów pod czujnym okiem żony, to nauka różnicy między body a pajacykiem, to zrozumienie, że teraz my zaczyna dzielić się na trzy. Ojcostwo jest szczególnie trudne z racji tego, że żyjemy w czasach „wiecznych chłopców”, trzydziestoletnich „poszukiwaczy sensu”, na wpół dorosłych „wolnych ptaków”. W końcu ojcostwo, w moim mniemaniu, to drugi stopień wtajemniczenia we wzrastaniu w męskości. To właśnie ojcostwo najbardziej definiuje naturę i tożsamość faceta. I nic też lepiej nie uwypukla jego najlepszych cech. Ani wejście na wszystkie ośmiotysięczniki, ani przepłynięcie w samotnym rejsie Pacyfiku nie są zdolne tak ukazać męskiej odwagi, odpowiedzialności, ambicji i zaradności, jak dobrze spełniana rola ojca i męża przy okazji.

I teraz, kiedy za ścianą milkną już echa ostatniej bitwy – pokonani ugięli się pod jarzmem snu, a wygrani pomimo zwycięstwa opadają z sił – wychodzę, by w tym pogorzelisku ujrzeć najpiękniejszy widok świata. To widok żony i córki ułożonych na kanapie – śpiących, szczęśliwych i bezpiecznych. I pomimo że rodzeństwa dziś nie będzie, a wokół mienią się kolorami rozrzucone zabawki, to choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a mojej córki śpiącej bym nie widział, byłbym nikim. I nie rozdałbym na jałmużnę całej majętności swojej i ciała nie wystawił na spalenie, bo ona jeść do syta musi. I w końcu, miłość ojcowska cierpliwa jest ( kiedy dziecko płacze bez powodu), łaskawa jest (kiedy rozleje soczek na tapicerkę), miłość ojcowska trochę zazdrości (jak mała najpierw powie „mama” a nie „tata”), szuka poklasku (kiedy ojciec dobrze przebierze pieluchę), nie unosi się pychą (choć jest super, kiedy to moja córka raczkuje szybciej niż sąsiada). Miłość ojcowska szuka swego (kiedy dziecko wysłane na studia do innego miasta nie dzwoni przez tydzień).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *